Parafia

katedra-bialystok ZAPRASZAMY na spotkania w Parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Białymstoku, ul Kościelna 2. W pierwszą i trzecią niedzielę miesiąca: o godz. 18:00. Msza Św. w Katedrze, a o godz. 19:00 spotkanie w sali nr 12 pod arkadami - naprzeciwko wejścia do zakrystii Katedry.
Opiekunem duchowym Ogniska jest ks. Józef Kozłowski.
Parafia Wniebowzięcia NMP (Katedralna) >>>
Archidiecezja białostocka >>>

Najbliższe spotkanie (każda pierwsza niedziela miesiąca) Ogniska Wspólnoty Trudnych Małżeństw SYCHAR w Białymstoku odbędzie się w niedzielę  6 grudnia 2015 r. Spotkanie poprzedzi Msza Św. o godz. 17.00 w Starym Kościele Farnym w Białymstoku ul.Kościelna 2. Po Mszy św. odbędzie się (ok. 2 godz.) spotkanie w sali nr 12 pod arkadami – naprzeciw wejścia do zakrystii Katedry lub sali Duszpasterstwa Rodzin w tzw. II plebanii.

Spotkanie i Msza Św. mają charakter otwarty, zapraszamy. Przyjdziesz? :-)

 

Powrót po 3 latach – Świadectwo Ani i Darka

Darka poznałam 11 lipca 1998 roku na dyskotece jako siedemnastolatka. Nie spodziewałam się, że o sześć lat starszy i okazały mężczyzna po czterech latach burzliwej znajomości zostanie moim mężem. Przez ostatni rok już jako narzeczeni przygotowywaliśmy wspólnie z rodzicami uroczyste wesele. Był to czas piękny ale też bardzo trudny i problemowy. Dzień naszego Ślubu był dla mnie wielką próbą i trudną decyzją. Po ślubie przeprowadziliśmy się do Białegostoku do mieszkania męża. Zostałam w nim sama odcięta od rodziny i znajomych. Jako małżonkowie od samego początku byliśmy w kryzysie. Nowa rola samotnej żony i bezrobotnej studentki była dla mnie bardzo trudna. Nie umiałam pogodzić się z tym co się między nami i z nami dzieje. Po roku przyszła na świat nasza córka Dominika. Wreszcie miałam przy sobie kogoś, kim mogłam się zająć. Kończyłam też studia. Nadmiar obowiązków coraz bardziej mnie przytłaczał. Wszystko dookoła pytało mnie: Czemu jestem z tym sama? Czemu przy mnie nikogo nie ma? Gdzie jest mój mąż? Tak bardzo go potrzebuje! Nie! Nie potrzebuje! Poradzę sobie sama. Tak!!! Ze wszystkim poradzę sobie sama. I tak radząc sobie sama tylko swoimi siłami coraz rzadziej się modliłam, ciągle się awanturowałam udowadniając przecież swoją rację nie zwracając uwagi na relacje. Sporadycznie udawało mi się wyjść do kościoła i nie znajdowałam czasu dla samej siebie. Po skończeniu magisterki dostałam się na staż i chcąc nie chcąc musiałam wreszcie wyjść z domu. Mąż zmieniał pracę, a ja poszłam zmieniać świat na lepsze więc do córeczki wynajęliśmy opiekunkę. W wielkim świecie zobaczyłam jaki to mój mąż jest zły i jaka to ja jestem poszkodowana więc zachciało mi się go zmieniać. Kłótnie, awantury i racje obu stron z podziałem na rodziny. To było już za dużo. Musiałam coś zmienić. Na początku zajęłam się córką. Po skończonym stażu zaopiekowałam się innymi dziećmi i stworzyłam swojej wtedy dwu letniej córce małe kilku osobowe domowe przedszkole, które zaczęło przynosić naszej rodzinie dodatkowe dochody. Silna zabrałam się za małżeństwo i zaproponowałam mężowi terapię małżeńską, która pokazała mi, że to ja mam problem bo mój mąż twierdził, że on problemu nie ma. Po nieudanej terapii zdecydowaliśmy się na kolejne dziecko i po 5,5 roku naszego małżeństwa urodził się nasz syn. Doświadczona samotnym macierzyństwem przy wychowywaniu córki zmusiłam męża do opieki nad synem. Filipek był bardzo grzecznym i kochanym maleństwem. Dominisia jako starsza siostra była bardzo pomocna i mając też pomoc męża  przy opiece nad dziećmi i pracach  domowych postanowiłam wrócić do pilnowania innych dzieci w mieszkaniu męża w którym mieszkaliśmy wszyscy razem. Wydawało mi się, że mężowi bardzo to odpowiada, ale w naszym małżeństwie było coraz gorzej. Postanowiłam zacząć od siebie i poszłam na 1,5 roczną terapię indywidualną, ciągle pracując, dbając o dzieci i dom. Mąż był zadowolony. Mówił że widzi postępy. Że nie ma problemów. Ale ja czułam inaczej, że tych problemów jest zbyt wiele, a ja słaba Ania ich nie udźwigam. Zastanawiałam się gdzie jestem ja … było coraz gorzej. Zaczęłam chorować. Wszystko mi się waliło a przecież sama miałam sobie ze wszystkim poradzić. Po długiej paromiesięcznej chorobie znalazłam się na miesiąc w szpitalu, a po operacji kręgosłupa wróciłam do domu i się załamałam. To było dno dna na którym byłam. Przestraszyłam się. W nocy płakałam i  próbowałam się modlić … ale nie umiałam się już modlić. W moim JA, SAMA, WSZYSTKO słowa modlitwy nie przechodziły mi przez gardło. Zaczęłam szukać pomocy. Uczyć się na nowo tulenia różańca i w nim spokojnego usypiania wyczerpanego z żalu schorowanego organizmu. Po czterech miesiącach byłam już na tyle silna i samodzielna żeby podjąć decyzję „koniec ze złem”. Chciałam być dobra i szczęśliwa. Pewnego czerwcowego dnia pożyczyłam od mojej współpracownicy pieniądze wynajęłam stancję, posprzątałam ją, urządziłam i wyprowadziłam się z mieszkania męża zabierając ze sobą dzieci, potem pomału ich i swoje rzeczy. Mąż został u siebie sam a po dwóch miesiącach kiedy zobaczył, że nie są to żarty, chcąc być z nami wprowadził się do nas. Zaczęliśmy szukać czegoś większego dla nas wszystkich. Przeprowadziliśmy się na kolejną stancję i po paru miesiącach wszystko runęło. Mąż kolejny raz wycofał się z naszych planów. Ja postawiłam mu kolejne ultimatum i dałam kolejne pół roku na zastanowienie się nad nami, po którym wybrał, że chce wrócić do swojego mieszkania. Ja zostałam z dziećmi i pracą na stancji. Nie umiałam pogodzić się z jego decyzją, z jego kolejnym odrzuceniem. Na poważnie zaczęłam szukać pomocy dla siebie. Z okna kuchni widziałam kościół więc zaczęłam regularnie do niego chodzić. Coraz częściej znajdowałam ukojenie i przytulenie w Eucharystii. Dowiedziałam się o parafialnej  poradni rodzinnej. Bez zastanowienia znalazłam informację w Internecie i  umówiłam się na cotygodniowe spotkania które dawały mi siłę. Po kilku spotkaniach zaproponowałam mężowi żeby ze mną poszedł. Była to istna przepychanka słów. Wstyd! Prowadzący zaproponował wspólne rekolekcje REO na których stanęłam na nogi, przejrzałam na oczy, wsparłam się na Chrystusie i oddałam mu życie. A On po swojemu do mnie docierał. Przeprowadziłam się na kolejną stancję, zaczęłam cieszyć się życiem, w pracy też wszystko się układało miałam nową pomoc, chodziłam na wiele interesujących warsztatów, wykładów, fantastycznych rekolekcji, poznawałam ciekawych ludzi i takim sposobem trafiłam też na SYCHAR. Regularnie uczęszczałam na spotkania często zabierając ze sobą męża. Poznałam tam wspaniałych ludzi którym z serca dziękuję za wsparcie i BŁOGOSŁAWIĘ +.

Każde nasze spotkanie dawało mi siłę do dalszej pracy nad sobą i świadomość. Nauczyłam się tam wielu potrzebnych mi rzeczy aby wytrwać i czekać nie czekając. W takiej sielance, zdobywaniu nowych wiadomości i umiejętności Pan postawił przede mną następną część Swojego dla mnie planu. W lipcu tego roku niespodziewanie dostałam wypowiedzenie umowy najmu trzy pokojowego mieszkania w którym mieszkałam razem z dziećmi i pracowałam, gdzie było mi tak dobrze. Zmartwiłam się bardzo. Co ze mną będzie? Gdzie pójdę? Co z moją pracą i wakacjami dzieci? Ale Pan miał dla mnie lepszy plan niż mogłabym sobie wyobrażać. Chciał uzdrowienia naszego małżeństwa i oto od sierpnia razem z mężem wynajmujemy duży dom w którym razem mieszkamy. Na górze dzieci mają osobne pokoje my swoją sypialnię, a na dole mogę pracować. Mąż swoje mieszkanie wynajął i razem próbujemy zbudować nasze małżeństwo i rodzinę na Skale jaką jest PAN NASZ i KRÓL NASZ.

Chwała Ci Panie 🙂

Ania

 

Z Anią jestem ponad 13 lat w sakramentalnym związku małżeńskim. Mamy dwójkę cudownych dzieci: córka Dominika ma 12 lat, a syn Filip prawie 8 lat. Związek małżeński zawarliśmy 7 września 2002 roku. Przed ślubem byliśmy przez trzy lata parą, a ostatni rok narzeczeństwem. Już dzień przed ślubem zaczeły się problemy. Po ślubie zamieszkaliśmy razem w Białymstoku. Cały czas myślałem ,że jeżeli mieszkamy daleko od naszych rodzin to wszystko nam się samo ułoży tak jak powinno. Byłem w wielkim błędzie. Cały czas coś nas różniło i od początku nie mogliśmy się dogadać praktycznie w każdej sprawie. Było między nami coraz gorzej i coraz bardziej oddalaliśmy się od Boga. Dopiero niedawno uzmysłowiłem sobie, że przez to, że coraz bardziej oddalaliśmy się od Boga, tym bardziej oddalaliśmy się od siebie. Po roku małżeństwa urodziła się córka i wtedy nasz konflikt jeszcze bardziej się nasilił. Od początku  pracowałem 40km od domu. Wcześnie rano wychodziłem i późno wracałem. Żona cały czas była sama z malutką córką, a ja jej nie pomagałem wcale. Po dwóch latach zmieniłem pracę i więcej czasu byłem w domu, ale to nic nam już nie pomogło bo żyliśmy po prostu obok siebie. Nie prowadziliśmy między sobą dialogu. Po czterech latach poszliśmy na terapię małżeńską która nam w niczym nie pomogła. Po 5,5 roku naszego małżeństwa urodził się nasz syn. W tym czasie już wcale nie chodziliśmy razem do kościoła. Nasz konflikt coraz bardziej się nawarstwiał, aż doszło do tego, że po 9 latach małżeństwa żona razem z dziećmi wyprowadziła się z mojego mieszkania. Po dwóch miesiącach wprowadziłem się do nich na stancję i próbowałem trochę z nimi mieszkać, ale nic z tego nie wyszło. We wrześniu 2012 roku wróciłem do siebie, a żona została z dziećmi na stancji. Cały czas odwiedzałem ich i pomagałem ale jako małżeństwo nas nie było. Po pół roku naszej nieformalnej separacji żona zabrała mnie ze sobą do parafialnej poradni rodzinnej. Po paru miesiącach nasz prowadzący zaproponował nam rekolekcje w Odnowie w Duchu Świętym. Oczywiście poszliśmy i w tym czasie zrozumiałem, że praktycznie odwróciłem się od Boga, ale nic sobie z tego nie zrobiłem. W marcu 2014 roku żona zabrała mnie ze sobą do Białostockiej Akademii Rodziny na weekendowe warsztaty dla trudnych małżeństw, które prowadzili Pakurowie. Wtedy pierwszy raz dowiedziałem się o Wspólnocie Trudnych Małżeństw SYCHAR. W maju zaciągnęła mnie na otwarcie Białostockiego ogniska SYCHAR, a później na kolejne co miesięczne spotkania z niewielkimi  przerwami. Przez ten czas zrozumiałem, że nie mogę nic zmienić w swoim życiu dopóki nie zbliżę się do Boga. Zacząłem systematycznie chodzić do kościoła. Często ze swoją rodziną. Widziałem jak wiara zmienia moją żonę i ja też chciałem się zmienić. Rok temu za delikatną namową żony wybraliśmy się na weekendowe rekolekcje małżeńskie w Hodyszewie organizowane przez wspólnotę Spotkań Małżeńskich. Tam poznałem i uświadomiłem sobie jak ważne jest prowadzenie dialogu małżeńskiego. Od tamtej pory zaczęliśmy się czasami modlić całą rodziną, a nawet próbowaliśmy prowadzić dialog. Uczęszczałem z żoną na spotkania wspólnoty SYCHAR oraz do małej grupy Spotkań Małżeńskich. Przez ten czas naszej separacji przebyłem kilka warsztatów i rekolekcji oczywiście razem z żoną. Zbliżyłem się do Boga, zacząłem się modlić, częściej przyjmować Komunię Świętą. Od sierpnia tego roku powróciłem do żony i dzieci i mieszkamy razem. Zmieniłem swoją hierarchię wartości i teraz w moim życiu najważniejszy jest Bóg, żona i dzieci. Cały czas staram się aby tak było, chociaż czasami życie mi to bardzo komplikuje. Chcę zawsze pamiętać o tym, że im bardziej zbliżam się do Boga to tym bliżej jestem żony. Zrozumiałem, że nawet teraz gdy jestem z żoną to nadal muszę pracować nad sobą żeby być jeszcze lepszym mężem i ojcem.

Darek

Możliwość komentowania jest wyłączona.